Z kuriozalnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego przyklepującego jumę, jakiej na pieniądzach zgromadzonych przez nas w Otfartych Funduszach Emerytalnych dopuścił się rząd Donalda Tuska wynika jeden pozytywny aspekt. Tylko jeden, ale bardzo znaczący. Otóż sędziowie uznali, że składki emerytalne to „danina publicznoprawna” czyli podatek. Zostało to powiedziane otwartym tekstem w sposób ostateczny i już nikt nie będzie mógł twierdzić inaczej wmawiając nam, że jest inaczej i za te pieniądze otrzymujemy jakieś gwarancje. Podatek to podatek i państwo (rząd) może zrobić z nim co będzie chciało, wystarczy tylko odpowiedni zapis w ustawie.
Policzmy zatem:
Podatnik zatrudniony na umowę o pracę miesięcznie oddaje fiskusowi 19 procent swoich dochodów w ramach zaliczki na poczet „oficjalnego” podatku dochodowego, 19,52 procent w charakterze składki ZUS uznanej właśnie za podatek i dodatkowo 9 procent na Narodowy Fundusz Zdrowia, które to obciążenie też jest – wnioskując wprost z wyroku Trybunału – podatkiem. W sumie państwo (rząd) zabiera nam 47,52 procent naszej pensji. Prawie połowę. Suma ta urośnie jeżeli dzięki zaradności, pracowitości i przedsiębiorczości zarobimy więcej i wpadniemy w drugi próg podatkowy. Państwo lewicowcy powinni być zadowoleni, wysokie podatki, z których można (cytuję p. Piotra Szumlewicza) „wypłacać pensje urzędnikom” to wszak ich ideał, do niego cały czas dążyli uważając, że tylko w ten sposób można znieść społeczne nierówności. Coś w tym jest, jeżeli się bogatym zabierze to staną się biedni, nastąpi powszechna równość a lewica będzie miała nowych wykluczonych do zaopiekowania.
„Danina publicznoprawna” w postaci przymusowych składek na ubezpieczenie społeczne jest podatkiem od osób fizycznych, to zostało bezsprzecznie ustalone. Osoby prawne go nie płacą. Ale jest jeden kłopot – otóż dla części zatrudnionej na umowę o pracę jest to podatek dochodowy obliczany jako procent od wynagrodzenia, część zatrudniona na kontrakty cywilne nie płaci go wcale a prowadzący własną działalność gospodarczą płacą stałą kwotę ustalaną ustawowo bez względu na wysokość swoich zarobków. I tutaj mamy kolejne zadanie dla Trybunału Konstytucyjnego – otóż na pierwszy rzut niewprawnego nawet oka widać, że jest to sytuacja łamiąca konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. Art. 32 Konstytucji Rzeczypospolitej powiada wszak: „1. Wobec prawa wszyscy są równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. A czymże, jeżeli nie dyskryminacją, jest naliczanie różnym osobom tego samego podatku w różny sposób?
Najlepszym rozwiązaniem tego problemu byłaby likwidacja przymusu ubezpieczeniowego i przywrócenie zusowskiemu haraczowi funkcji składki. Człowiek, który sam dobrowolnie przeznacza część swoich pieniędzy na jakiś cel dyskryminowany wszak nie jest, dyskryminacja wymaga przymusu. Obawiam się jednak, że nasi umiłowani przywódcy za właściwe uznają inne rozwiązanie – każdego bez wyjątku obciążą składką w wysokości 19,52 proc. dochodów i będą dyskryminować wszystkich.
I w tym miejscu należałoby zadać filozoficzne pytanie: czy jeżeli wszyscy są dyskryminowani w identyczny sposób to czy możemy jeszcze mówić o dyskryminacji?
Trybunał Konstytucyjny, składka ubezpieczeniowa i dyskryminacja.
Udostępnij na: