Przeczytałem dziś zdanie, które sprawiło, że spadłem z krzesła. Cytuję:
„Bez silnych, niezależnych mediów nic nie powstrzyma prącej do totalnej dominacji nowej władzy. Trzeba ocalić media, które są, a także tworzyć nowe”.
Nie, nie zebrało mi się na wspominki historyczne z czasów przejmowania mediów publicznych przez ludzi związanych z Platformą Obywatelską. Nie wracam też do śmietnikowej ustawki Hajdarowicza i rozpieprzenia przez niego „Rzeczypospolitej” i „Uważam rze”. Te słowa wypowiedział, a raczej wypisał, na łamach swojego „Newsweeka” Tomasz Lis, który zaczął powoli wcielać się w rolę dziennikarza niepokornego. Paradne. Facet, który wywiady z prominentnymi politykami partii rządzącej przeprowadzał z pozycji klęcznika, który nie wahał się podawać publicznie fałszywych informacji byle tylko uderzyć w opozycję dziś robi za pierwszego obrońcę niezależnych mediów. Skąd taka nagła zmiana? A przede wszystkim przed kim pan redaktor chce swą wątłą piersią bronić mediów?
Z tekstu wynika, że przed władzą, która jest (może być) zagrożeniem dla otwartej, demokratycznej, liberalnej, tolerancyjnej i obywatelskiej Polski. Serio, redaktor Lis tak napisał, dosłownie i wprost. A pierwszym i najważniejszym przedstawicielem tej Polski jest on, Tomasz Lis, który już za chwilę stanie się męczennikiem złożonym w ofierze na ołtarzu wolności.
Trudno się nie śmiać gdy się te wypociny czyta. Facet, który w mediach publicznych za grube pieniądze wciskał rządową propagandę i wprost atakował wszystkich, którzy ośmielili się krytykować jedynie słuszną Platformę Obywatelską dziś robi z siebie niezależnego dziennikarza jest po prostu żałosny. Zwłaszcza, że wszyscy doskonale wiedzą, że chodzi tak naprawdę nie o wolność prasy i rządowy atak na media tylko o szmal. Gruby szmal. Osiemdziesiąt tysięcy złotych inkasowane co tydzień za program na antenie jedynki piechotą nie chodzi. Rządowe kontrakty reklamowe dla „Newsweeka” to też nie w kij dmuchał, bez nich pisemko upadnie i pan Lis będzie sobie musiał szukać nowej roboty, a to bez przyjaźnie nastawionych polityków łatwym zadaniem nie będzie. Prawo i Sprawiedliwość ma własnych propagandystów, mniej śmiesznych i nie tak żałosnych.
Pozostanie sobie zatem redaktorek ze swoim etosem skrzywdzonej niezależności prowadząc niszowy portalik, który większości odwiedzający służy jedynie do poprawienia humoru. I będzie z utęsknieniem wyczekiwał jutrzenki wolności, będzie snuł swoje wizje i liczył na zmądrzenie elektoratu, który ciężko doświadczony kaczyzmem-pisizmem wybierze ponownie jedynie słuszną i propostępową formację. Tylko czy pan Lis będzie jeszcze tej formacji do czegokolwiek potrzebny?