Chłop w Polsce nie ma łatwo. Po idiotycznej ustawie o obrocie ziemią rolną, która z dnia na dzień pozbawiła go praktycznego wpływu na jego własność teraz po wsiach i opłotkach zaczynają biegać pracownicy Agencji Nasiennej i kontrolować czy aby ziarno, które wysiał na swoim polu jest legalne i czy zapłacił za prawo do jego wykorzystania. Tak Szanowni, nie robię sobie jaj – za prawo do wykorzystania.
Wygląda to tak: rolnik może wysiać na swoim polu tylko ziarno zakupione w jednej z licencjonowanych central nasiennych. Czy ma to sens nie mnie rozstrzygać, przyjmijmy zatem ten fakt jako dokonany – tak jest i już. Kupując ziarno płaci za nie – rzecz normalna i czepiać się nie należy. Ale nie tylko przy zakupie musi płacić! Jeżeli ma swoje ziarno, które odłożył na siew z ubiegłorocznego zbioru też musi do centrali nasiennej polecieć z gotówką w zębach – za prawo do wysiania musi zapłacić połowę kwoty, którą zapłaciłby przy normalnym zakupie. Nazywa się to „dstępstwo rolne” i wynika z faktu, że centrale nasienne mają prawo do materiału genetycznego konketnej odmiany rośliny uprawnej i w związku z tym do zapłaty za jego powielanie. Krótko pisząc rolnik nie jest właścicielem wyhodowanego przez siebie ziarna, są nim centrale nasienne. Chciałoby się rzec, że to jest powrót do pańszczyzny ale nie – pańszczyźniany chłop musiał odrobić dzierżawę ziemi, zboże, które z niej zebrał należało w całości do niego.
Ale to jeszcze nie wszystko, pies pogrzebany jest znacznie głębiej. Otóż ogromna większość polskich central nasiennych (80%) została wykupiona przez spółki zależne koncernu MONSANTO – międzynarodowej koropracji zajmującej się produkcją chemii dla rolnictwa i genetycznie zmodyfikowanych odmian roślin. Jego flagowym produktem był herbicyd RoudUp, z którym związana była nielicha afera związana z wprowadzeniem użytkowników w błąd jakoby ulegał biodegradacji co skończyło się przegranymi procesami we Francji oraz w USA. Zostawmy jednak dygresję i skupmy się na meritum – pracownicy Agencji Nasiennej podpierając się wysmażoną przez polski Sejm ustawą o ochronie prawnej odmian roślin biegają po wsiach i opłotkach by wydusić z polskich rolników pieniądze, które wpłyną do kasy ponadnarodowego koncernu. Ja nie wiem jak to nazwać, słowa „złodziejstwo” i „bandyctwo” wydają mi się zbyt łagodne.
Na koniec chciałbym się zapytać ministra rolnictwa: czy w tej kwestii też jest planowana jakaś „dobra zmiana” czy już jest wystarczająco „dobrze” i niczego zmieniać nie trzeba?