Awantura o Trybunał Konstytucyjny i jednoosobowe „zawłaszczenie państwa” przez Jarosława Kaczyńskiego przykryły sprawy ważne oraz istotne dla nas i naszych portfeli.
Po kolei zatem.
Niedalej niż tydzień temu niejaki Igor Sieczin, szef konsorcjum „Rosnieft”, z furią oskarżył Arabię Saudyjską o stosowanie dumpingu cenowego w handlu ropą naftową. Poszło o to, że do terminala naftowego w gdańskim Porcie Północnym przybił saudyjski tankowiec i wyładował zakupioną przez nas arabską ropę. Niby nic, możemy kupować co chcemy i skąd chcemy, ale jest jeden mały szczegół, dzięki któremu udało się nadepnąć Rosjanom na odcisk i rozwścieczyć towariszcza Sieczina. Otóż na początku przyszłego roku kończą się kontrakty na dostawę surowca jakie PKN Orlen miał podpisane z rosyjskimi producentami, m.in. z Rosnieftem właśnie. Kontrakty, które wcale nie muszą być przedłużone bo terminal paliw płynnych, w odróżnieniu od świnoujskiego terminala gazowego, jest sprawny i wydajny – może przyjąć 34 mln ton ropy naftowej rocznie co pozwala zaspokoić zapotrzebowanie nie tylko Orlenu ale całego kraju. Nasze rafinerie (gdańska i płocka) przerabiają rocznie 25 mln ton „czarnego złota”, które dotychczas w większości (90%) pochodziło z Rosji. Gołym i niespecjalistycznym okiem widać zatem, że naftoport wyrabia nadwyżkę, którą można pchnąć dalej w stanie surowym (albo zwiększyć moc przerobową naszej petrochemii) w zamian za pachnące, zielone portrety amerykańskich prezydentów. Z infrastrukturą też nie ma problemu, port z rafineriami łączy ropociąg Północny, którego przepustowość przewyższa możliwości producentów.
Rosyjska ropa jest do Polski (i dalej na zachód) dostarczana północną nitką słynnego, wybudowanego w latach pięćdziesiątych, ropociągu „Przyjaźń”. Gdyby nasz przemysł petrochemiczny przestawił się w całości na ropę dostarczaną tankowcami czy to z krajów Zatoki Perskiej, czy z Afryki, czy z Norwegii, można by tenże ropociąg sprzedać na złom. Przynajmniej jeżeli chodzi o nas, bo już Niemcy i Rosjanie nie byliby tą perspektywą zachwyceni, na jego końcu znajduje się należąca do „Transnieftu (właściciela „Przyjaźni”) rafineria „Schwedt”, którą po odcięciu od rury trzeba by było przerobić na wielkie targowisko albo dyskotekę. I tutaj mamy kolejny interes do ubicia – za tranzyt ropy przez Polskę należy się myto, czyli kolejne dolary zasilające budżet naszego dojonego dotychczas kraju.
W ten oto prosty i jakże sympatyczny sposób z kraju wydającego ciężkie pieniądze na zakup ropy naftowej stalibyśmy się krajem, który na podstawowym surowcu współczesnego świata zarabia. I to nie będąc producentem, no ale wszyscy chyba doskonale zdają sobie sprawę, że największe kokosy zbija się na pośrednictwie. No i twórca przemysłu petrochemicznego Ignacy Łukasiewicz mógłby wreszcie przestać wirować w grobie. Oczywiście wszystko to pod warunkiem, że nasi umiłowani przywódcy znowu czegoś nie spieprzą i wzorem nieodżałowanej pamięci Waldka Strażaka nie podpiszą z naszymi wschodnimi „przyjaciółmi” wieloletniego kontraktu motywowanego pełnymi portkami ambiwalentnych uczuć i pełną kopertą argumentów przekazaną pod stołem…
Petrodolary popłyną do Polski?
Udostępnij na: